Kurczące się granice – Kaj Romeyko-Hurko

Garść rozważań o ekspansji przemysłu turystycznego i cofaniu się przyrody

(fragmenty)

Prolog

Podobno o turystyce ma się lepsze pojęcie, gdy się uprawiało kilka jej dziedzin. Schodziłem pieszo i&nbsp;na nartach śladowych trochę gór naszych i obcych, spłynąłem kajakiem nieco rzek oraz zwiedziłem przy pomocy roweru kawałek Polski, robiąc to wszystko przeważnie w czasach, kiedy wodę piło się z ręki, sięgając po nią po prostu za burtę kajaka, a na szosie przelotowej nie przejeżdżały więcej niż 2 pojazdy w cichu minuty. Dziś brzmi to prawie jak bajka.</font>

“Punkt zerowy” jest zmienny

Każda generacja ma inny “krajobraz odniesienia”, do którego porównuje wszystko, z czym się styka. Jest to zwykle obraz świata zastanego z dzieciństwa: krajobrazów, domów, ludzi, sposobu życia, przedmiotów, osiągnięć cywilizacyjnych i co najważniejsze – tempa życia. Każda następna generacja ma więc ten punkt odniesienia bardziej ucywilizowany, czyli – de facto bardziej okaleczony i oczywiście tego okaleczenia nie odczuwa. Taka refleksja przyszła mi na myśl parę lat temu, gdy stojąc na północnym krańcu Równi Sromowskiej patrzyłem na mocno już okaleczone wcięcie doliny Dunajca z wciąż widocznymi jeszcze dwoma zamkami na wyniosłych wzgórzach. Pamiętam ten krajobraz od końca lat 50-tych, czyli taki, jaki zawarli w swej książce “Drogami skalnej ziemi” H. Pieńkowska i T. Staich. Wciąż mam przed oczami wąską kamienistą drogę nad Dunajcem przechodzącą w Bramie Niedzickiej pod nawisem skalnym vis-a-vis małego przełomu, dostępną wtedy tylko dla pojazdów konnych. Autobus w tych stronach w ogóle kursował wtedy rzadko, a światło elektryczne do Sromowiec dopiero zaczęto doprowadzać. Było, spokojnie i

leniwie. Życie toczyło się własnym niespiesznym rytmem, a Dunajec, zależnie od roku, płynął przez Sromowską Rówień jednym korytem, lub rozdzielał się nawet na kilka odnóg. Zamki w Czorsztynie i Niedzicy trwały wyniosłe i ciche nad bujną zielenią doliny i białymi kamieniami Dunajca. Wydawało się, że będzie tak wiecznie i tylko tu i ówdzie ktoś przebąkiwał o planach budowy wielkiej zapory, która dziś jest już na ukończeniu. Tamta pamięć boli.

Pokolenie, które dopiero dorasta, zapamięta jedynie rumowisko budowy – zdecydowanie pozbawione uroku, a pokolenia następne – inżynierską formę potężnego, pokrytego trawą wału zapory, z widokiem już tylko jednego zamku, ledwie wystającego ponad koroną tamy, niepozornego w tej konfiguracji, bo pozbawionego wysokiej podstawy wzgórza. Fotografie i rysunki nie wbudują w pamięć dawnego widoku – to trzeba było przeżyć.

Te pokolenia będą o coś istotnego uboższe, tak jak moje pokolenie jest uboższe o inne piękna, których pozbawiły nas poprzednie generacje, nim zaczęliśmy być świadomi, lub nim je mogliśmy poznać. Można argumentować, że każde pokolenie od wieków w podobny sposób było zubożane przez nieuchronny postęp cywilizacji, ale to nie wytrzymuje krytyki. Dopiero w ciągu ostatnich dziesięcioleci rozwój wypadków i zmiany zwane postępem mają tak lawinowy charakter, że wiedza, doświadczenia i pamięć poprzedniej generacji przestaje mieć jakąkolwiek wartość. Teraz, na przestrzeni jednego pokolenia zmiany przewartościowują otoczenie w sposób totalny. Człowiek, nawet jeśli nie zdaje sobie z tego sprawy, przywiązany jest do swego otoczenia, które podświadomie traktował jako trwałe i niezmienne. Rodził się, żył i umierał wśród tych samych domów, ulic, a nawet mebli. Ta stabilność pozwalała zachować równowagę psychiczną, którą bezpowrotnie zniszczyły nowe, szybkie czasy. Kolejne, młode pokolenie w zastanym świecie nie będzie widziało niczego szczególnego – to będzie ich punkt odniesienia. Dopiero z wiekiem będzie narastał stres i poczucie zagrożenia, gdy na ich oczach będzie wymazywane to, co z dzieciństwa zapamiętali jako sacrum.

Ale nienadążanie za zmianami cywilizacyjnymi rodzi też odwrotne zagrożenia: dawne przyzwyczajenia i zachowania z czasów, gdy stan przyrody był dobry, okazują się dla niej zabójcze, gdy jej zasoby coraz szybciej kurczą się pod presją bezwzględnej cywilizacji człowieka, któremu wydaje się, te wszystko jest takie jak za czasów jego dzieciństwa, gdy osadzano pierwsze słupy linii elektrycznej przy drodze do Sromowiec. A przecież dziś nie ma już nawet tej drogi. (…)

Przemysł turystyczny

Wybrzeże Turcji było jeszcze niedawno piękne i dzikie – prawdziwy raj dla oczu. Moda na Turcję spowodowała, że coraz trudniej już znaleźć takie miejsca, gdyż zastąpił je las hoteli coraz szczelniej obrastający każdy skrawek wybrzeża. Jest wygoda i baseny ze słodką wodą oraz słońce, ale prysł czar przyciągający tu krajoznawcę. Turystykę zastąpił przemysł turystyczny, który wszystko jest w stanie zniszczyć i sprzedać. Znaczna część Alp też została zabudowana potężnymi kompleksami hotelowymi i mnóstwem innych urządzeń przybliżających przyjezdnym warunki miejskie. Na Mały Matterhorn (ok. 3880 m n.p.m.) wjeżdża się trzyodcinkową kolejką linową z położonego prawie 2,5 km niżej kurortu Zermatt. Szczyt jest przewiercony poziomym tunelem o długości ok. 100 m, prowadzącym (turystów ?) od stacji kolejki na plateau lodowcowe z wyciągami narciarskimi. W środku tunelu, odchodzi w górę, także wykuty w skale, pionowy szyb z windą osobową, która wywozi turystów o parę metrów poniżej metalowej platformy szczytowej. Wygodne i absurdalnie. Jednak pokonanie tych ostatnich kilku metrów na platformę szczytową (wygodne, metalowe schody) wymaga nie lada wysiłku, gdyż korzystają z niej osoby, które świeżo przyjechały do Zermatt lub nie są turystami. Nagłe pokonanie tak dużej różnicy wysokości bez paru aklimatyzacyjnych wycieczek pieszych w niższe partie, powoduje spore zaburzenia układu krążenia i oddechowego.

Inaczej mówiąc, bez owej windy większość tych, którzy wjechali kolejką na Mały Matterhorn, nie byłaby w stanie pokonać pieszo tych ostatnich 30 m. Sam te trudności oddechowe przeżyłem pierwszego dnia po przyjeździe do Zermatt, ale po paru dniach w niższych górach, już bez najmniejszych problemów zbieraliśmy śmieci o 200 m wyżej, niż Mały Matterhorn. Góry zostały więc “uprzemysłowione”, przed czym ostrzegał już na początku stulecia prof. Jan Gwalbert Pawlikowski.

Przemysł turystyczny jest naturalnym przeciwieństwem wędrowania, które jest sterowane emocją. Idziesz – gdzie piękniej, skręcasz – gdzie ciekawiej, podoba ci się – to zostajesz dłużej i zupełnie zmieniasz plany wycieczki (…). Wędrowanie jest zupełnie “nieekonomiczne”, podczas gdy wypoczynek zorganizowany w sposób “przemysłowy” – odwrotnie. Turyści są upakowywani ciasno w hotelach, życie mają zorganizowane do ostatniej minuty i nawet wtedy, gdy im się wydaje, że robią to co chcą, jest to często wybór sterowany przez organizatorów wypoczynku. Tu nie ma miejsca na indywidualizm, tu się robi wielkie pieniądze i maszyna musi chodzić gładko, z maksymalną wydajnością i sprawnością. Opóźnienie autokaru z grupą o pół godziny może spowodować lawinę negatywnych konsekwencji dla innych grup, według zasady znanej z klocków “domino”. Precyzyjnie ustalone czasy trwania posiłków, zwiedzania, relaksu. Nic przypadkowego i ponad normę, bo zaczyna się “okienko” następnej grupy. Z niczego też lepiej nie rezygnować, bo się zapłaciło, a poza tym nie ma alternatywy. Przewodniki piszą o kolorowych krajobrazach, historii, przyrodzie i jak dojechać, ale rzadko informują, że piękne plaże pękają w szwach od natłoku ludzi, a zabytkowy krajobraz ginie przytłoczony żelbetowymi kolosami niezliczonych hoteli i pensjonatów. Piękne, kuszące zdjęcia też są często półprawdą: fotograf musiał długo kombinować, by w kadrze z “dziką przyrodą” nie ujawnił się narożnik hotelu, czy tłum ludzi. (…)

Dopóki płynąć będą rzeki…

Te słowa pochodzą chyba z jakiegoś traktatu zawartego między rządem USA, a Indianami podczas wojen w XIX w. Bo cóż mogło być wtedy bardziej wieczne niż rzeka? Dziś trwalsze okazuje się nawet kruche ludzkie życie. Stałe pogłębianie szybów kopalń w rejonie Olkusza rozszerza zasięg potężnego leja depresyjnego, który pochłania coraz więcej wody takie z rzeczki Prądnik, przepływającej przez Ojcowski Park Narodowy. Niebawem ten spory potok wyschnie całkowicie, co drastycznie zmieni stan przyrody w Parku. To tylko jeden z przykładów zmian o charakterze totalnym, jakie wymusiła na przyrodzie ludzkość, oczywiście dla naszego dobra. A przecież zagłada przyrody tego obszaru to także niszczenie wyjątkowo cennych walorów krajoznawczych.

Wszystko, co mówiono na temat ochrony przyrody jeszcze 20 lat temu, dziś przestaje być aktualne, gdyż na każdym kroku potykamy się o zagrożenia globalne. Nasze pragnienia i aspiracje, oparte na tradycji, tracą przez to podstawy. Co byście powiedzieli np. na zamknięcie Tatr i jeszcze kilku miejsc dla zwiedzających np. na 10 lat, by pozwolić odetchnąć przyrodzie i np. by co 5 lat zamykać na rok lub dwa niektóre obszary bardziej zniszczone przez antropopresję? Wiem, że to “nie przejdzie”, ale być może po latach okaże się, że to jedyny sposób, by nie doprowadzić do utraty walorów z kategorii pożądanych także przez turystów.

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu problem: udostępniać czy nie udostępniać pewne fragmenty przyrody, w ogóle nie istniał. Turystów było mało, transkontynentalne kwaśne chmury miały się dopiero pojawić w wyniku przyśpieszenia gospodarczego po II wojnie światowej, a uzdrowiska były małymi miejscowościami. Dziś lokalne i transgraniczne zanieczyszczenia atmosfery w katastrofalnym tempie niszczą roślinność, a zwłaszcza lasy powyżej 700 m n.p.m. Przemysł turystyczny pompuje w góry tłumy, zostawiające po sobie ekskrementy i odpadki w ilościach, które są już dla przyrody zauważalnie szkodliwe. Miejscowości podgórskie rozrosły się i wytwarzają potężne ilości, zwykle nie oczyszczanych, ścieków oraz pochłaniają ogromne ilości wody. Czerpie się ją na ogół z głębinowych ujęć w górach, w tym także w pobliskich parkach narodowych, co poważnie obniża poziom tamtejszych wód podziemnych, a w konsekwencji pogarsza szanse przetrwania chronionych ekosystemów.

Pytanie co z tym robić, pozostaje bez odpowiedzi. Niestety nic nie wskazuje, by ten pęd do szybkiego zysku przez rozwój już istniejących miejscowości i uznanych terenów rekreacyjnych miał zostać zahamowany. Góry należą, niestety, do miejsc najatrakcyjniejszych i moda, czy też snobizm wpędzają w nie coraz to nowe rzesze ludzkie. Sezon turystyczno-rekreacyjny trwa tam znacznie dłużej, niż w innych miejscach kraju, co nie jest niczym uzasadnione. Pięknem wiosny i jesieni na wyjątkowo urokliwym Roztoczu jest zainteresowanych znikoma ilość osób, szlaki są zupełnie puste, a w punktach noclegowych turysta budzi zdziwienie. W tym samym czasie górskie schroniska pękają w szwach, a podłoga okazuje się zbyt mała, by pomieścić wszystkich tych, dla których zabrakło łóżek.

A równocześnie jest sporo miejsc, do których w ogóle turysta nie zagląda, woląc po raz n-ty drapać się na Turbacz, czy Orlą Perć.

Jaworzyna i inne

Wielu osobom z młodszego pokolenia mało prawdopodobny wydać się może fakt, że przez przełęcz Przysłop nad Rzekami jeszcze niedawno nie było drogi jezdnej. Jakoś wtedy nietrudno było zrozumieć, że Mogielicę i Jasień można zaliczyć do Gorców. Dopiero pas ciemnego asfaltu przeciął spór, nawet optyczne przypisując obie góry do Beskidu Wyspowego.

Góry kurczą się. W coraz więcej miejsc można już dojechać, a dla nóg coraz trudniej znaleźć “normalny” szlak. Tam, gdzie parędziesiąt lat temu miedzami i ścieżkami wiejskimi Beskidu średniego biegły liczne szlaki turystyczne, dziś znajdują się asfaltowe szosy.

Technika i udogodnienia coraz głębiej wdzierają się w góry. Po co wchodzić skoro można wjechać? Kolejne wyciągi krzesełkowe oraz gondolowe buduje się, by wywozić wygodne tłumy prosto na szczyty. Co to daje; widać w Karkonoszach, gdzie 2 kolejki linowe wywożą i zwożą z płaskowyżu grzbietowego tłumy, czyniące Karkonosze najliczniej odwiedzanym z wszystkich polskich parków narodowych. Wyciąg krzesełkowy na Palenicę nad Szczawnicą istnieje od niedawna, ale skutki wzmożonej presji rekreacji widać już wyraźnie na znacznym obszarze w okolicy tego szczytu. Atmosfera pikniku zastąpiła klimat trasy turystycznej. Pewnym pocieszeniem jest fakt, że ta nie wymagająca żadnego wysiłku fizycznego atrakcja, odciążyła zapewne nieco rejon Sokolicy w Pienińskim Parku Narodowym. (…)

Tatry: “świątynia wolności” stolicą biznesu

Najbardziej dramatycznie wygląda sytuacja Tatr, wokół których od lat nieubłaganie zaciska się pierścień żądnych wielkiego, łatwego i szybkiego zysku biznesmenów narciarskich. Wszelkie argumenty trafiają w próżnię, a po stronie słowackiej pojawił się niebezpieczny precedens w postaci reprywatyzacji części terenów TANAP-u. Parki narodowe powstają na całym świecie jako nadrzędne zadanie władz państwowych, mających obowiązek ochrony występujących na swoim terenie najcenniejszych wartości przyrody nie tylko dla siebie, ale także dla całej cywilizacji. Parki narodowe są w myśl międzynarodowego, a także polskiego ustawodawstwa udostępniane społeczeństwu. Aktualnie obowiązująca “Ustawa o ochronie przyrody z dnia 16 października 1991 r.” w art. 14 stwierdza co następuje:

2. Wszelkie działaniu na terenie parku narodowego podporządkowane są ochronie przyrody i maja pierwszeństwo przed wszystkimi innymi działaniami.

3. Nadrzędnym celem parku narodowego jest poznanie, zachowanie całości systemów przyrodniczych danego terenu wraz z warunkami ich funkcjonowania, oraz odtwarzane zniekształconych i zanikłych ogniw rodzimej przyrody.

6. Park narodowy jest udostępniony do zwiedzania. Za wstęp lub korzystanie z wartości przyrody paku narodowego, jego urządzeń, mogą być pobierane opłaty. Zasady udostępniania u parku i stawki opłat ustala dyrektor parku narodowego.

Ani słowa o turystyce. Tymczasem w Tatrzańskim Parku Narodowym ilość form użytkowania sprzecznych z ustawą o ochronie przyrody już dziś przyprawia o zawrót głowy.

W końcu 1994 r. Polska posiadała 20 parków narodowych, których obszar łączny wynosi zaledwie 0,7 % powierzchni kraju, a Tatry stanowią w tej liczbie obszar o bezwzględnie najcenniejszej przyrodzie. Jednak sprawa sportowo-rekreacyjnego zagospodarowania Tatr staje się ambicją polityków, podobnie jak zorganizowanie tam Olimpiady zimowej w 2006 r. Argumentem jest m.in. fakt zorganizowania takiej Olimpiady w Calgary, gdzie obiekty sportowe zlokalizowano również na terenie parku narodowego. Pomija się fakt, że Park Narodowy Banff ma blisko milion ha powierzchni, a nasz Tatrzański nieco ponad 21 tys. ha. Wzorem są też alpejskie stacje narciarskie, które zwykle operują na lodowcach umożliwiających również narciarstwo letnie. Prosta analiza porównawcza przeprowadzona w 1988 r. dla TPN i Zakopanego oraz nie podlegającego ochronie prawnej otoczenia szwajcarskiego Zermatt w Alpach Wallis wskazują na absurdalność pomysłów “zakopiańczyków”. Powierzchnia zagospodarowanego narciarsko otoczenia Zermatt jest zbliżona do obszaru TPN-u, a samo miasteczko łącznie z przyjezdnymi to nieco ponad 20 tys. mieszkańców. Zermatt leży na wys. 1450 m n.p.m., czyli prawie jak Morskie Oko, a okoliczne szczyty dochodzą do 4600 m n.p.m. Zakopane znajduje się na wys. ok. 700 m n.p.m., a Tatry Polskie sięgają do 2500 m n.p.m., czyli o blisko 1000 m. niżej niż zaczynają się całoroczne lodowce. Całe Tatry Polskie i Słowackie mieszczą się obszarowo w dolinie Vispy, gdzie znajduje się wspominane już wcześniej Zermatt. Dolina Vispy jest małą odnogą wielkiej doliny Rodanu. Oto warunki tworzenia kopii Chamonix, Tignes, czy Les Arc. Oczywiście inwestycje można zrealizować i mogą być bezużyteczne lub nierentowne, olimpiadę można zorganizować i może się ona nie udać, ale nic nie przywróci pierwotnego stanu zniszczonej przyrodzie.(…)

Ochrona turystyki krajoznawczej, czyli dawnego wędrowania

Mamy więc dylemat: zagrożenie przyrody przez turystykę i zagrożenie turystyki przez nią samą, a ściślej przez jej wynaturzoną mutację, czyli przemysł turystyczny, a de facto rekreacyjny. Owa turystyka krajoznawcza nie wymaga udogodnień, natomiast wymaga zachowania dawnego krajobrazu, a także w miarę bezludnych szlaków. Co zrobić, gdy amatorów takiego wędrowania jest tylu, że oni sami są w stanie zrobić spory tłum na szlakach i to nie tylko parków narodowych? Pozostaje albo jechać w inne góry, albo wprowadzać reglamentację,. której podstawą byłyby kryteria estetyczne i niematerialne oczekiwania prawdziwej turystyki. Duża liczba chętnych wydłużałaby więc tylko kolejkę oczekujących. Może to szokować i bić w owo prawo do demokracji, ale jeśli chcemy tych przeżyć estetycznych…

Góry kurczą się dzięki inwestycjom komunikacyjnym i hotelowym, ale czy można przywrócić dawny rozmiar przestrzeni turystycznej? Był taki okres, kiedy obwał na drodze do Morskiego Oka zatamował na pewien czas cały ruch powyżej Palenicy Białczańskiej. I oto szybka, autokarowa wycieczka do Morskiego Oka zmieniła się w całodniową wyprawę i to całkiem ciekawą krajoznawczo. Zaczęliśmy “odkrywać” “nowe” szczyty, doliny i skały, których dotąd nie zauważaliśmy z okien szybko jadącego autobusu. Nagle wyprawa ta stała się misterium, a pusta prawie morena zapełniła się Cieniami tych co tu tworzyli historię poznania Tatr i skalnych ścian. Jednak ludzie dość szybko otrząsnęli się z szoku braku komunikacji i ruch pieszy i wozów konnych osiągnął dzisiejszy poziom. Nie dorównuje on czasom, gdy czynny był parking na Włosienicy (lub na morenie), ale też nie daje już szans na estetyczne przeżycia. Ale gdyby tak dojazd zmechanizowany kończył się na Głodówce? To oczywiście jest tylko przykład pewnego sposobu myślenia, który pozwoliłby powiększyć obszar dla turystyki krajoznawczej, przywracając do życia kilka szlaków, wiele pięknych widoków, a przy tym zmniejszając zagęszczenie turystów na szlakach, a co za tym idzie, zwiększając ich walory estetyczne.

Nie ma sensu udawać: prawdziwa turystyka krajoznawcza jest zjawiskiem elitarnym, a jej potrzeby są nader wysublimowane. Takie podejście do problemu jest zresztą po myśli ochrony przyrody. Nie da się i nie należy limitować ruchu na terenach nie podlegających ochronie, ale gdyby tak chociaż w parkach narodowych? Poprzedni system tępił indywidualizm i estetyzm, a teraz, nie werbalnie ale za to fizycznie, próbuje to robić przemysł turystyczny, będący jednym z najbardziej dochodowych. Jest on wielkim oszustwem, bo wabi pięknymi krajobrazami, Starannie wykadrowanymi, by nie było widać otaczających je betonowym uściskiem hoteli. Tak stało się we Włoszech, Turcji i na wyspach greckich. Do tego dąży się i u nas. I w naszych górach. Tłum biernie lub półbiernie wypoczywający według z góry zaplanowanego schematu rozrywek, posiłków, zajęć sportowych. Wszystko musi grać jak w zegarku, przynosząc dochód. Zero indywidualizmu, bo burzy porządek i wartki spływ mamony. Po prostu wielki biznes.

Biznes ma wiele twarzy i cechy kameleona. Biznes turystyczny kupił już także ekologię. Ekoturyzm robi na świecie karierę, a eko-turyści mogą domagać się większych przywilejów na obszarach przyrodniczo cennych, niż zwyczajni przedeptywacze szlaków. Gdzieś po drodze wstydliwie zapomniano, że przynajmniej w pewnym kraju nad Wisłą, istniało coś zwanego może zbyt swojsko, jak na nowe czasy ,,turystyką przyrodniczą”, że istniała opiekująca się nią fachowa kadra, robiąca to może bez hałasu, który przyrodzie nie jest potrzebny, ale efektywnie. I że całe rzesze PTTK-owskich Strażników Ochrony Przyrody wywodzą się z tych, którzy turystykę przyrodniczą uprawiali. Dziś walą do parków narodowych tłumy szkolnych eko-wycieczek, wyrzucając po drodze eko-papierki od ekocukierków i eko-hałasując. Więcej, sprawniej, bardziej “przemysłowo”, to eko-turyzm stał się już także ogniwem przemysłu turystycznego. Brak zrozumienia, że eko-edukacja to proces długotrwały i złożony, a w parku narodowym powinien odbywać się dopiero ostatni etap tej edukacji. Brak zrozumienia, że nie wszystko może być wyrobem seryjnym. A może po prostu częsty w biznesie cynizm. (…)

Przekaz “wiedzy tajemnej”

Z nawykami trudno się walczy, trudno też odwrócić bieg dziejów, podobno wręcz nie można. Ale jeśli jest to jedyna alternatywa przetrwania lub przywrócenia sensu pewnym sprawom, to może warto spróbować? Życie jest drogą, taką ścieżką turystyczną. Można je przebywać biegiem, można też kontemplować każdy kamień, drzewo, kwiatek. Aż tyle i tylko tyle.

Wszechwładna polityka, która wciska się w życie współczesnego człowieka dosłownie wszędzie, a także bezlitosne środki masowego przekazu, zabiły nawet pojęcie autorytetu. Może dlatego, że wiek odkryć w dostępnej sferze już się skończył także w turystyce. Dawny sposób przekazu “wiedzy tajemnej”, w którym Mistrz, tej wiedzy posiadacz, zarazem potężny w nią i pełen pokory wobec wszechpotężnej Natury, wskazywał i objaśniał ją Adeptom. Ale wtedy inne też były góry – potężne, rozległe i… prawie puste. Pozdrowienie mijanego turysty miało w sobie, dzięki rzadkości spotkania, coś odświętnego i uroczystego. Tłumy na każdym szlaku miały się dopiero pojawić. Czy można odbudować ten dawny układ głębokiego związku między wprowadzającymi w misterium przyrody Mistrzami, a Adeptami tej wiedzy? Czy to w ogóle nie jest już pojęcie do lamusa? Ewentualnie czym ten układ zastąpić?

Kiedyś bywało pięknie. Miarowy rytm marszu i szum śniegu pod nartami, z przodu jak okiem sięgnąć – nic, tylko dziewiczy śnieg, a z tyłu tylko jeden ślad Przez cały dzieci. Przerost indywidualizmu? Ale to przecież właśnie była prawdziwa turystyka.

Post Scriptum

W pewnym momencie, zawsze wcześniej niż by się chciało, wędrówki po górach stają się już tylko wspomnieniem. Jednak nie są to chyba nigdy wspomnienia ludnych rajdów i masowych imprez tzw. turystycznych. Moje wspomnienia są ciche i bezludne i jeśli coś słychać, to tylko szum wiatru po wierchach i deszczu w trawach i gałęziach drzew…</font>

Zamieszczony tekst to fragmenty artykułu, który ukazał się pod tym samym tytułem w wydawnictwie Studenckiego Koła Przewodników Górskich z Krakowa “Watra”, nr 9 (1996).

Kaj Romeyko-Hurk
Roee – Kraków


Roger Frison-Roche – Pierwszy na linie ( cz. 1)

Część I: Narodziny powołania

Rozdział 1:

Dwaj mężczyźni opuścili Courmayeur wczesnym świtem, kiedy nocna rosa parowała błękitnawymi smugami z ciężkich, szarych łupkowych dachów. Maszerując żwawym krokiem drogą do Entreves dotarli do małego górskiego miasteczka, uśpionego jeszcze w swojej zieleniejącej kotlinie. Za osadą rozpoczyna się, pomiędzy dwoma kamiennymi murkami, szlak na Col du Géant. Prowadzi on w górę, przemykając się pomiędzy rozrzuconymi po zboczu skrawkami pól. O tej wczesnej porze zaczynały rozbrzmiewać dzwonki wypędzanego z obór bydła, wypływającego skłębionym strumieniem rogów i parujących nozdrzy na drogę. Na niewielkich spłachetkach pól, wspieranych ułożonymi z kamieni skarpami, krzątało się już kilku wieśniaków. Gdy nieznajomi przechodzili obok nich, odrywali się na chwilę od swojego zajęcia, podnosili głowy i przyglądali im się, na wpół schyleni, z narzędziami w dłoniach. Ci pozdrawiali ich uprzejmie:

– Dobrego dnia!

– Dobrego podejścia! – odpowiadali chłopi.

Wkrótce, szachownica pól uprawnych ustąpiła miejsca modrzewiowym lasom. Dolina zdawała się jakby rozszerzać, a odległy grzmot przetaczającej się w dole rzeki Doire swobodniej niósł się tutaj w powietrzu.

Wędrowcy przystanęli na chwilę w miejscu, gdzie ścieżka rozpoczynała zakosami wznosić się stromym zboczem. Pierwszy dotarł tu młodszy z nich, dobrze zbudowany chłopak, który dotąd podchodził z fantazją, skacząc z jednego brzegu ścieżki na drugi, wskakując na ograniczające czasem szlak murki i kosząc czekanem zawadzające mu pokrzywy. Chwilami zatrzymywał się, żeby popatrzeć na leżącą poniżej, wciśniętą pomiędzy dwie skalne ściany osadę, na spokojną dolinę i błękitniejącą w dali, pod szafirowym niebem, panoramę. Stary szedł powoli, kawałek za nim, podchodząc równym rytmem i zginając lekko kolano przy każdym kroku, jakby chciał lepiej poczuć ziemię pod swoimi wielkimi, nabitymi gwoździami podeszwami.

– Przestań skakać jak koza, Pierre – powiedział dochodząc do młodego – zrzućmy plecaki i odetchnijmy chwilę.

Zsunęli na ziemię swoje wielkie wory, zrobione z mocnej, walijskiej skóry, wypłowiałe od słońca i deszczu i wytarte od kontaktu ze skałami. (…)

– Ile stąd będzie do przełęczy, wuju?

– Ze sześć godzin. Do kantyny pod Mont-Fréty dwie godziny – stary liczył na palcach – od Mont-Fréty do la Porte półtorej, dalej do schroniska pod Col du Géant trzeba liczyć jakieś trzy godziny. Plecaki są ciężkie, poza tym będzie gorąco. Poza tym pójdziesz z tyłu. Złamałbyś nogę idąc w tym tempie… a ja mam sześćdziesiątkę… Sześćdziesiątkę, cholera, a oni mnie wyganiają na emeryturę! Powinni przecież wziąć pod uwagę moją formę… Widzisz te ręce, mały? Nigdy nie puściły chwytu. Nigdy, psiakrew, nawet na Innominacie, kiedy trzystukilowy blok o mało mnie nie zgniótł, utrzymałem cały zespół właśnie tymi rękami!tłumaczył: Michał Ronikier- Ze sześć godzin. Do kantyny pod Mont-Fréty dwie godziny – stary liczył na palcach – od Mont-Fréty do la Porte półtorej, dalej do schroniska pod Col du Géant trzeba liczyć jakieś trzy godziny. Plecaki są ciężkie, poza tym będzie gorąco. Poza tym pójdziesz z tyłu. Złamałbyś nogę idąc w tym tempie… a ja mam sześćdziesiątkę… Sześćdziesiątkę, cholera, a oni mnie wyganiają na emeryturę! Powinni przecież wziąć pod uwagę moją formę… Widzisz te ręce, mały? Nigdy nie puściły chwytu. Nigdy, psiakrew, nawet na Innominacie, kiedy trzystukilowy blok o mało mnie nie zgniótł, utrzymałem cały zespół właśnie tymi rękami!

– Takich rąk jak twoje, wuju, nie ma drugich w całej dolinie; to, że masz krzepę, dobrze zauważyłem w ciągu ostatnich dni. Ale cóż, takie jest prawo… Zresztą, nie będziesz musiał opuścić gór, prezes Club Alpin proponuje ci przecież prowadzenie schroniska Couvercle.

– Dosyć, chłopcze, dajmy z tym spokój… To jest, widzisz, zbyt smutne, spędzić resztę życia na nastawianiu budzika i przygotowywaniu herbaty w schronisku dla ceprów, którzy wybierają się na wspinaczkę.

W dolinie Veny ponad Courmayeur. © M. Ronikier
W dolinie Veny ponad Courmayeur

Joseph Ravanat, zwany Rudym, postać słynna w całych francuskich Alpach, którego nazwano “przewodnikiem królów i królem przewodników”, kończył swoją ostatnią wielką drogę. Zgodnie z regulaminem, w wieku sześćdziesięciu lat Kompania Przewodników z Chamonix przenosiła go automatycznie na emeryturę i odbierała mu prawo do przyjmowania zobowiązań przewodnickich. (…) Nieubłagane prawo gór, które dopuszcza zawsze do swojej służby tylko ludzi młodych, pewnych! I Ravanat, będący wciąż w świetnej formie, klął jak stary marynarz, którego siłą odrywa się od jego łajby. Żałował niemalże, że nie odpadł gdzieś, w pełni akcji, podczas któregoś z ryzykownych pierwszych wejść, które obficie znaczyły etapy jego górskiej kariery…

Mężczyźni podjęli swój milczący marsz w górę. Ravanat szedł przodem, pochylony, mocno wspierając się na czekanie; lewą dłoń wsunął pod pasek plecaka pod pachą, aby nieco odciążyć ramiona. Pierre Servettaz podążał za nim, starając się dostosować swój krok do rytmu starego; wiedział, że w tym tempie spokojnie i bez wysiłku dojdą przed nocą do schroniska. Ktoś nie znający wysokich gór byłby zdziwiony lekkością – mocno kontrastującą z ich pozornie ociężałą postawą – z jaką alpiniści stawiali stopy na pokruszonych kamieniach ścieżki. Żaden kamień nie staczał się na dół, a gwoździe kutych butów wgryzały się w podłoże sprawiając wrażenie całkowitej przyczepności.

* * *

Dwa dni wcześniej, wyruszywszy ze schroniska na Aiguille du Gouter, na godzinę przed świtem Joseph Ravanat ze swoją grupką osiągnęli bez przeszkód szczyt Mont Blanc. Był 1 września 1925 roku, który był w masywie rokiem wyjątkowo pogodnym. Gdy rozpoczęli zejście na stronę włoską, długą i trudną drogą turni Mont Blanc, nagle rozpętała się krótka ale niezwykle gwałtowna burza. Piorun kilkakrotnie uderzał w pobliżu skalnej nyży w której schronili się, zostawiając czekany w bezpiecznej odległości, żeby nie ściągnąć na siebie wyładowań. Padający bez przerwy śnieg i grad pokrył góry świeżą bielą; później, w kilka minut, silny podmuch północnego wiatru częściowo rozpędził mgły odsłaniając słońce i spore kawałki błękitnego nieba. Ravanat, dla którego takie sytuacje nie były niczym nowym, zarządził dalsze zejście. Servettaz, jako tragarz, szedł przodem; za nim dwie klientki, a na końcu stary przewodnik, z napiętą liną czuwając nad całym zespołem, gotowy zapobiec każdemu poślizgowi. A, rzeczywiście, jakikolwiek poślizg nie był wskazany. Weszli bowiem w pokryty warstwą świeżego śniegu lodowy kuluar, opadający sześćdziesięciostopniową stromizną ku urwiskom lodowca Miage, jakieś dwa tysiące metrów poniżej. Niebezpieczeństwo zwielokrotniło siły Pierre”a który powoli, silnymi ciosami czekana wykuwał stopnie dla klientek. Ravanat obserwował go z zadowoleniem. Gdyby tylko szwagier pozwolił, Pierre mógłby stać się dużej klasy alpinistą; (…) jego ojciec, Jean Servettaz był, w&nbsp;wieku 45 lat, uważany za najlepszego przewodnika młodego pokolenia ale, nawet jeżeli się tego czasami wypierał, robił wszystko żeby odciągnąć swojego syna od gór. Wystarczy, żeby jeden w&nbsp;rodzinie się narażał, mawiał często, Pierre zostanie hotelarzem, to daje większy zysk a wymaga mniejszego ryzyka. (..) – Szkoda – rozważał w duchu stary – szkoda, żeby zmarnował się w dolinach.

Przejaśnienie okazało się krótkotrwałe. Zasłona mgły, przelewając się przez grzbiet Dôme du Gouter, rozprzestrzeniała się po południowych zboczach Mont Blanc. Owinęła schodzących lodowatą, nieprzeniknioną watą; zaczął padać drobny śnieg. We mgle Ravanat ledwo dostrzegał młodego Servettaza, który 45 metrów niżej coraz bardziej wahał się nad wyborem drogi. Wkrótce przewodnik zdał sobie sprawę, że musi przejąć prowadzenie, bo tylko on może zorientować się wśród wszystkich skałek, wyrastających tu i ówdzie w lodowego stoku i ograniczonych głębokimi bruzdami którymi spływały niewielkie lawinki.

– Poczekaj, Pierre – zawołał – idziesz za bardzo na lewo. Puść mnie naprzód, te wszystkie grańki są do siebie podobne.

Servettaz usłuchał z lekkim ściśnięciem w gardle: schodzić ostatnim oznaczało zajęcie miejsca przewodnika i jego odpowiedzialności. Dopóki szedł z przodu, dobrze asekurowany przez linę, która łączyła go poprzez obie klientki z niezawodnym Ravanatem, czuł się całkowicie bezpieczny. Zmęczone i zdrętwiałe z zimna dziewczęta niejednokrotnie obsuwały się ze stopni; za każdym razem Ravanat, suchym i zdecydowanym szarpnięciem uprzedzał upadek i przywracał równowagę.

– Trzymać się prosto, panienki – woła – trzymać się prosto na stopniach!

Teraz, los zespołu spoczywał w mocnych niewątpliwie, ale jeszcze niedoświadczonych rękach tragarza.

Po raz pierwszy w życiu, Pierre był obarczony pełną odpowiedzialnością za ludzkie życie. Powoli, ściskający go niepokój ustąpił miejsca nowemu odczuciu, kiełkującemu z siły, zaufania do siebie samego, dumy. Przyspieszony puls uspokoił się i kiedy przyszła jego kolej w schodzeniu, jako ostatni, gdzie nie było już mowy o pomocy, pewnie wbił pięty w śnieg i, twarzą do ekspozycji, dotarł do reszty.

Przez sześć godzin które, przez straszliwe napięcie wydały mu się minutami, Servettaz asekurował zespół. Wreszcie, po ostatniej długości liny stanął na plateau lodowca gdzie siedzieli już Ravanat i jego klientki. Stary przewodnik był zmęczony. Sześć godzin rąbania stopni w zejściu, jedną ręką, to zbyt duży wysiłek dla sześćdziesięciolatka. (…) Gdy stwierdził, że postój był wystarczający, wstał i powiedział po prostu, tak jakby wskazał już swojego następcę:

– Poprowadź, Pierre, muszę odpocząć.

Chłopak przeszedł zatem na czoło zespołu. Prowadził przez gmatwaninę szczelin i seraków nieznanego mu lodowca ze śmiałością, której nigdy by się u siebie nie spodziewał. Pierre Servettaz doświadczył właśnie najpełniejszej satysfakcji, jaka może być dana alpiniście – satysfakcji wypływającej z chodzenia jako pierwszy na linie. To już nie było ślepe deptanie za kimś, spokojnie i bezpiecznie; został przywódcą, tym, który prowadzi,

walczy, bierze na siebie odpowiedzialność i od którego zależy życie, które zostało mu powierzone. (…) To wydarzenie zmiotło w jednej chwili jego spokojną przyszłość bogatego hotelarza, tak jak nawałnica, której skłębiona masa oddalała się na wschód zmiatała źdźbła traw, pozostawiając góry całe w bieli, jeszcze bardziej tajemnicze niż zazwyczaj.

* * *

Słońce stało już wysoko na niebie, kiedy Ravanat i Servettaz, po przeszło dwóch godzinach podejścia, wyszli z modrzewiowego lasu na rozległe hale Mont-Fréty, ponad Courmayeur. (…) Położyli plecaki na prostym stole przylegającym do ścian schroniska, oparli czekany o pobielony wapnem mur i weszli prosto do sali przewodnickiej.

– Cześć wszystkim! – powiedział Ravanat. Servettaz powtórzył powitanie. Usiedli przy wspólnym stole, zadowoleni z okazji do przerwy w podejściu.

Nie musieli nic zamawiać, znająca zwyczaje gospodyni już niosła im dwa talerze dymiącej zupy, kawał świeżo dostarczonego od pasterzy żółtego sera i pół bochenka chleba. Powoli, mężczyźni wkrawali kawałki chleba i sera do zupy; Ravanat pokręcił młynkiem do pieprzu, posypując wszystko szarym pyłem, który następnie dokładnie rozmieszał. Pierre, chociaż bardziej subtelny, próbował naśladować proste gesty krewniaka. Również zmielił trochę pieprzu i powoli obracał łyżką w ciężkim, fajansowym talerzu. Wdychali zapach dymiącej zupy; ser ciągnął się długimi nitkami, które przyczepiały się do wąsów Rudego. Stary nie przestawał jednak powoli przeżuwać, oparty łokciami na stole, z beretem przesuniętym na tył głowy, w prawej ręce trzymając otwarty swój duży scyzoryk. Nagłymi pociągnięciami ostrza odcinał ściekające strużki sera. W tej starej, górskiej gospodzie gest ten nie miał w sobie nic wulgarnego; w jakiś sposób przywodził na myśl ruchy nomadów którzy niegdyś, gdzieś w stepach Azji środkowej odcinali przy samych ustach trzymane w zębach kawałki surowego mięsa.

W kącie sali, na trójnogim taborecie obok paleniska w którym płonęły modrzewiowe szczapy siedział opiekujący się schroniskiem stary, emerytowany przewodnik, czekając aż skończą posiłek. Pierre skończył pierwszy, wyskrobując ostatni kawałek sera, który przywarł do dna talerza. W końcu Rudy też skończył jeść, wierzchem grubej, sękatej dłoni wytarł wąsy i – zsuwając sobie beret z powrotem na czoło – zapytał:

– Co u ciebie słychać, Joset?

– Jakoś idzie, idzie – odpowiedział stary, w tej śpiewnej francuszczyźnie z doliny Aosty, której nie zniszczą ani wieki, ani ludzie, ani żywioły. – Wczoraj śnieg dotarł aż tutaj, ale dzisiaj rano stopniał aż do wysokości la Porte; możliwe, że w skałach przełęczy będzie jeszcze trzymać. No, ale cóż ci przeszkadza świeży śnieg!

– Jeżeli masz coś do przekazania na górę, to daj, mamy w workach sporo miejscach.

– Młody idzie tędy pierwszy raz?

– Tak, to mój siostrzeniec, syn Jean”a z Moussoux. Ma zostać hotelarzem.

– Zobaczymy wuju, zobaczymy czy raczej nie przewodnikiem… – wtrącił zdecydowanym głosem Pierre, przysłuchujący się z szacunkiem rozmowie starszych.

– Gdyby to zależało ode mnie, to radziłbym ci w to wejść, jesteś do tego uzdolniony. Dobrze widziałem to w żlebach Aiguilles Grises. Żeby tak stawiać stopy w lodowych stopniach jak ty, trzeba być – Rudy szukał odpowiednich słów – trzeba być urodzonym do tego. Zresztą, to jest sprawa między tobą i twoim ojcem.

Opiekun schroniska dał im duży bochen świeżego chleba, wyniesionego tego ranka przez mulnika, oraz list dla swojego kuzyna na przełęczy. (…) Trasę z Mont-Fréty do Col du Géant liczy się w dwóch etapach. Pierwszy prowadzi wygodną ścieżką dla mułów, wiodącą zakosami pomiędzy przepaściami wyżłobionymi przez lodowce po obu stronach grzbietu prowadzącego na przełęcz. Początkowo idzie się piękną ląką, usianą wielkimi blokami skalnymi, pokrytą różanecznikami, niebieskimi dzwonkami goryczek i żółtymi kępami arniki; dalej, powoli roślinność ubożeje, ustępując miejsca mchom i porostom. Jeszcze wyżej, piarżyska zastępują murawy a szerokie początkowo zakosy ścieżki wiją się tu bez przerwy w prawo i w lewo, jakby próbowały uciec z tej wąskiej grzędy, która w końcu zanika w skalnej ścianie. Dociera się w ten sposób do podstawy kruchej łupkowo-gnejsowej grani, którą prowadzi na przełęcz niewyraźna ścieżka. To miejsce zwane jest la Porte – “brama”. Muły zawracają tutaj, na wysokości 2800 m., a transport przenosi się dalej na plecach tragarzy do schroniska, zawieszonego na grani szczytowej jak miniaturowa forteca, na wysokości 3341 m.

(…) Dzień był piękny i można było stąd wyróżniać w nieskończoność kolejne plany panoramy; najbliższe – Alpy Walijskie: Grivola – “ardua Grivola Bella”, Gran Paradiso, lodowa niecka Ruitoru, olbrzymy granicy francusko-włoskiej z la Saissiere i la Ciamarella – krainą koziorożca; dalej na południowy zachód – la Vanoise.

<img width=200 height=277 align=”left” hspace=10 vspace=5 src=”img/1b.jpg” alt=”Aiguille Noire de P&eacute;uterey &copy M. Ronikier”><font size=”-1″>Aiguille Noire de P&eacute;uterey &copy M. Ronikier

Z kolei na wschodzie można było podziwiać ciągnące się szeregiem szczyty Alp Szwajcarskich: le Vélan na pierwszym planie, przytłoczony potężną masą Grand Combin; w dali, masyw Zermatt z czerniejącym powyżej chmur Matterhornem i jego dziwacznym nosem Zmutt, lodowcowe przestrzenie Monte Rosa… Z doliny podnosiły się opary, łączące się ponad przepaściami, mieszające się w nietrwałe chmurki, wkrótce muskające cichymi falami całe doliny od Col Ferret aż po Col de la Seigne. Ku zachodowi pejzaż, całkiem bliski, był jeszcze bardziej nieludzki. Najpierw, jak wysunięta wartownia, granitowe ostrze Aiguille de la Brenva, z wznoszącą się obok dziwaczną iglicą, którą przewodnicy z Courmayeur ochrzcili nazwą “Ojciec Przedwieczny”; potem czeluść lodowca Brenva i sam lodowiec, brudny i kamienisty, pełznący pomiędzy swoimi morenami, przelewający się potężnym obrywem czołowym ponad doliną Veni i rozdzierający jak trąd modrzewiowe lasy Notre-Dame-de-Guérison. Potok wypływający z jeziora Combal przecinał go i hucząc wypływał z lodowej groty na poziomie łąk Entreves. Na trzecim planie rozciągała się ogromna, potężna, wznosząca się na 3500 m. grań Péuterey – z ponurą, pokiereszowaną żlebami piramidą Aiguille Noire, nierealną, powietrzną koronką Dam Angielskich i wreszcie majestatyczną strzałą Aiguille Blanche, lodowym wierzchołkiem ozdobionym groźnymi nawisami i łączącym się delikatną, srebrną granią z masą olbrzyma – Mont Blanc, którego himalajskie zbocza wznosiły się tak wysoko w powietrze że, widziane stąd, zdawały się rzucać wyzwanie patrzącym na nie alpinistom.

Czasami, gdzieś od strony Sentinelle Rouge dochodził huk pękającego seraka. Brzmiało to jak rozdzierające wysokogórskie powietrze uderzenie pioruna i dopiero znacznie później można było zauważyć chmurę mieniącego się pyłu poprzedzającą tuman lawiny na wysokich, lodowcowych płaszczyznach…

* * *

Warstwę świeżego, szybko topniejącego śniegu napotkali tuż poniżej wielkiego głazu, służącego za punkt orientacyjny przechodzącym tędy zespołom. Stąd kręta ścieżynka wspina się łatwą, ale kruchą i eksponowaną granią, pozostawiając pod stopami coraz więcej powietrza. Szerokie podeszwy podchodzących mężczyzn grzęzły w ciężkim śniegu. Gdy podnosili nogę, kształt buta wyraźnie odciskał się na skale; łańcuszki ich kroków rysowały się czernią na zimnej bieli górskiego stoku. Od czasu do czasu krótkim uderzeniem czekana w podeszwę otrzepywali przylepiający się do butów śnieg. Opadającym po lewej stronie obszernym kuluarem co jakiś czas z szelestem spływały ku dolinie lawinki śniegu, żłobiąc niewielkie bruzdy łączące się dalej w szeroką rynnę, prawdziwy ściek wypluwający rozmarzające kamienie, śnieg i lód.

Od przełęczy dzieliła ich jeszcze niecała godzina drogi, gdy spotkali przewodnika i tragarza z Courmayeur schodzących ze swoim klientem. Pozostawiając schodzącego alpinistę pod opieką tragarza, przewodnik zatrzymał się, by zamienić z Ravanatem kilka słów.

– Wycofujesz się, Ravanat?

– Wracamy, jak widzisz… Jest jeszcze się czego napić na górze? – zażartował Rudy.

– Nie mają tam teraz serca do picia – odrzekł Włoch – ktoś od was odpadł na Dru.

– Ktoś z naszych, Święta Panienko! – Ravanat przeżegnał się – Wiesz kto?!

– Nie mogłem się dowiedzieć. Wiadomość przyniosło dwóch Anglików, którzy szli bez przewodnika. Dowiedzieli się w Montenvers. Zdaje się, że wysłano już wyprawę ratunkową…

Ravanat i Servettaz ruszyli dalej, z nogami podciętymi tragiczną nowiną.

(cdn.)

tłumaczył: Michał Ronikier