Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa












Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Tatrzańska kapliczka straceńców
część III

Eksperci i ignoranci

      Winę za tragiczne wydarzenia w górach bardzo często przypisuje się przyrodzie. A przecież nie ma w tym wiele prawdy. Najczęściej głównym elementem zagrożenia dla siebie jest sam człowiek, na skutek nieprzemyślanych decyzji, niedostatku wiedzy i braku wyobraźni.       Ostatnio notuje się zdecydowanie mniej wypadków wśród taterników, za to o wiele więcej - wśród turystów. Zajrzyjmy do danych statystycznych TOPR-u: w roku 2004 - aż 214 interwencji dotyczyło turystów, a tylko 6 - taterników. Tendencja utrzymała się w roku 2005, a nawet wzrosła niekorzystnie dla turystów: 278 turystów i 5 taterników skorzystało z pomocy ratowników górskich. Rok 2004: 16 wypadków śmiertelnych. W roku 2005 śmierć w górach poniosło 15 osób.       To mało czy dużo? Jeżeli zestawić te liczby z kilkoma tysiącami wyruszającymi jednego tylko sierpniowego dnia w Tatry - wydaje się, że mało. Ale gdy pomyśli się o bólu rodziny po utracie bliskiej osoby, o miesiącach powrotu do zdrowia taternika lub narciarza po ciężkim wypadku, o dożywotnim kalectwie młodej dziewczyny - wtedy to dużo, bardzo dużo... O wiele za dużo.       O przyczynach wypadków, o najczęstszych tatrzańskich trudnościach i pułapkach czyhających na górskich szlakach, powiedziano i napisano już wiele. Ale - jak widać - nadal za mało. W Tatrach wciąż zdarzają się wypadki, wciąż giną ludzie. Od ponad wieku wyruszają w góry turyści i taternicy, z tą tylko różnicą, że obecnie jest ich kilkakrotnie więcej. Statystyki Tatrzańskiego Parku Narodowego wskazują, że gości w Tatrach przybywa z roku na rok. W takich samych proporcjach - jak widać ze statystyk TOPR - przybywa również ofiar w górach.       "Klientami" TOPR-u są najczęściej amatorzy, początkujący w górskich wędrówkach, nie znający specyfiki Tatr, nie umiejący prawidłowo zaplanować wycieczki. Ile błędów potrafią poczynić nowicjusze tatrzańscy wybierając się w góry - prawie nie sposób wyliczyć. Nie znaczy to, że podobne, "szkolne" błędy, nie zdarzają się wytrawnym wygom tatrzańskim, dzieje się to jednak znacznie rzadziej.

Ratowniczy Sokół nad Doliną Gąsienicową  ©Liliana Kołłątaj
Ratowniczy Sokół nad Doliną Gąsienicową ©Liliana Kołłątaj

      Ofiarami bezmyślności rodziców lub opiekunów stają się niestety często małe dzieci. Przepisy dotyczące wycieczek w tereny górskie wyraźnie określają na 15 lat dolną granicę wieku przy wejściach, powiedzmy, powyżej granicy regla. Granica ta została wyznaczona przez lekarzy na podstawie wiedzy o rozwoju dziecka. Wiele funkcji fizycznych i psychicznych w młodszym wieku jest jeszcze na zbyt niskim poziomie, by można było obciążać młody organizm większym wysiłkiem. Niestety, nauczyciele prowadzący wycieczki szkolne na ogół nie respektują tej zasady, a często nawet o niej nie wiedzą. Rodzice tym bardziej. Omdlewający i płaczący dwulatek na Świstówce, w nosidełkach na plecach u taty, czy też padający z nóg pięciolatek, ciągnięty przez matkę na Hali Gąsienicowej są nader częstym widokiem.       Banalne wręcz wydaje się wspominanie o tym, że z głupio pojętej oszczędności nauczyciele wybierają się z uczniami w góry bez profesjonalnych i doświadczonych przewodników, mogących służyć radą i pomocą. Takie podejście szkół jest po prostu nagminne, mimo że regulują to również odpowiednie przepisy, a nawet - co więcej - ich nieprzestrzeganie teoretycznie jest karalne. Nikt jednak tego nie egzekwuje, dopóki nie zdarzy się nieszczęśliwy wypadek.

Gładki, Hruby i Krywań ©Liliana Kołłątaj
Gładki, Hruby i Krywań ©Liliana Kołłątaj

      Niejednokrotnie o katastrofie decydują stan zdrowia i kondycja. Znane są przypadki zamarznięć na skutek zasłabnięcia i w efekcie wychłodzenia organizmu. Zdarzają się także zawały, na skutek nadmiernego wysiłku i przeciążenia serca lub w konsekwencji zaburzeń krążenia i ciśnienia, związanych z chorobą wysokościową. Powodem bywa też zażywanie rozmaitych medykamentów, zwłaszcza specjalistycznych leków nasercowych, po których nie powinno wyruszać się w wyższe rejony gór. W roku 2004 interwencji ratowników wymagało 30 ostrych zachorowań, które zdarzyły się na szlakach turystycznych. W roku 2005 takich przypadków było już 49. Najczęściej były to osoby starsze, o słabszej kondycji, nękane rozmaitymi przewlekłymi chorobami, szczególnie chorobami krążenia, epilepsją, nadciśnieniem.       Odporność i wydolność organizmu zmniejszają także papierosy (mniejsza pojemność płuc) i alkohol, nawet - wydawałoby się niegroźne piwo (zaburzenia krążenia i pracy serca). Oczywistym nieporozumieniem jest rozpowszechniony obecnie zwyczaj serwowania tych specyfików w schroniskach tatrzańskich. Niestety, biznes zwycięża tu ze zdrowym rozsądkiem i zasadami bezpieczeństwa w górach.       Nie ma chyba właściwie rejonu powyżej regla, który nie zapisałby się w kronikach TOPR-u, ale kilka miejsc ma szczególnie ponurą sławę. Na pierwsze miejsce w tej smutnej klasyfikacji wysuwają się Rysy, rejon Mięguszowieckiego Szczytu i Świnicy. Obfite źródło problemów stanowi szlak Orlej Perci, na który nierzadko wybierają się osoby zupełnie do tego nieprzygotowane i nieświadome trudności, a zwłaszcza przepaścistości terenu. Zdarza się też turystom zgubić drogę i skierować się w stronę podciętych urwisk. Klasycznym już miejscem takich pomyłek jest rejon Granatów, a zwłaszcza okolica słynnego, czy raczej osławionego żlebu Drege`a. 400-metrowy żleb spada w kierunku Czarnego Stawu Gąsienicowego pomiędzy Pośrednim i Skrajnym Granatem, podcięty urwistym 180-metrowym kominem. Nosi nazwę od nazwiska pierwszego turysty, który w nim zginął, na skutek zmylenia drogi. Osobny temat stanowią Buczynowe Turnie i rejon Krzyżnego - latem z powodu kruchości skał i mnogości piargów, zimą z powodu lawin. W raportach TOPR-u często też pojawiają się Zawrat i Świnica, gdzie - o ironio! - do wypadków dochodzi często w miejscach uprzystępnionych klamrami i łańcuchami. Właśnie: uprzystępnionych, a nie ubezpieczonych, jak często mylnie się uważa. Metalowe ułatwienia stwarzają złudne poczucie bezpieczeństwa. Wielu turystów nie potrafi z nich prawidłowo korzystać. Mokre żelazne ogniwa wymykają się z rąk, oblodzone lub śliskie po deszczu klamry wyślizgują się spod butów, obruszane haki wysuwają się ze szczelin. Trudności potęguje letni tłok na szlakach, gdy w takich miejscach ustawiają się kolejki, powodujące dodatkowo nerwowość i pośpiech. Ryzyko powiększa też ekspozycja terenu, stwarzająca niestety fatalne skutki przy ewentualnym odpadnięciu.

Śmigłowiec TOPR nad Halą Kasprową ©Liliana Kołłątaj
Śmigłowiec TOPR nad Halą Kasprową ©Liliana Kołłątaj

      Na wycieczki w partie szczytowe wybierają się osoby cierpiące na lęk wysokości lub lęk przestrzeni. Czasami objawy lękowe pojawiają się też u osób, które nigdy wcześniej nie odkryły u siebie podobnych ograniczeń. Przypadłości takie powodują wystąpienie panicznego, paraliżującego strachu, prowadzącego do wypadku.       Zadziwiająco często słychać o wypadkach na - wydawałoby się łatwych szlakach - na Czerwonych Wierchach i na Giewoncie. Przyczyną jest na ogół zgubienie szlaku lub próby jego skrócenia, które bez dokładniejszej wiedzy o topografii terenu kończą się zwykle tragicznie. Zakopane widoczne jak na dłoni, wydaje się tak blisko i tak łatwo osiągalne, bezpośrednią drogą na wprost. Łagodne początkowo stoki zarówno Czerwonych Wierchów jak Giewontu kilkadziesiąt metrów w dół od szczytów zmieniają nagle konfigurację, kryjąc w północnych zboczach wiele zdradliwych żlebów, podciętych urwiskami.       Najczęstszym, niestety, powodem katastrof jest nieznajomość realiów tatrzańskich, zupełny brak wiedzy o podstawowych elementach planowania wycieczki, niezbędnym ekwipunku i zasadach poruszania się po Tatrach. Wielokrotnie powtarzanym błędem wśród turystów amatorów jest poleganie na informacjach zasięgniętych od przygodnych znajomych, od przypadkowych osób, zwykłych wczasowiczów, równie mało jak oni sami zorientowanych w realiach górskich, nierzadko kompletnych dyletantów w dziedzinie turystyki tatrzańskiej. Te wiadomości rzadko weryfikowane są z najbardziej skrótowym choćby przewodnikiem, a tym bardziej z mapą Tatr. Jak przedstawia się przeciętnie "ekwipunek" takich turystów? Poinformowani przez znajomych o dużej liczbie schronisk i ufni w ich łatwą dostępność, według zasłyszanych opowieści, kwestię jedzenia w trakcie wędrówki na szlaku pomijają beztrosko, pozostawiając to zagadnienie kucharzom schroniskowym. Wybierają się bez map i przewodników, bez prowiantu, bez zapasowej odzieży, w nieodpowiednim obuwiu. Na szlak graniowy startują w tenisówkach (zdarza się, że w sandałach lub klapkach!) w szortach, w koszulkach z krótkimi rękawami, dziewczyny nierzadko - w kostiumach kąpielowych. Po cóż obciążać się zbędnym bagażem, skoro od rana jest bardzo ciepło i słonecznie? W dodatku, w ich mniemaniu, wszystko mają dokładnie zaplanowane.       Turyści amatorzy często też porywają się na trasy przekraczające ich możliwości kondycyjne i zdrowotne. Szlaki, które pokonują, okazują się w praktyce o wiele dłuższe, trudniejsze, bardziej eksponowane i dużo wyżej położone niż przewidywali, na skutek nieumiejętności prawidłowego odczytania mapy i opisu w przewodniku, a co z tego wynika - prawidłowego przeliczenia różnicy poziomów i odległości w górach oraz czasu, niezbędnego na ich przebycie. Wówczas wystarcza nagłe załamanie pogody, o co w górach nietrudno, zimny, porywisty wiatr na grani, zdarzający się nawet w środku lata, oślepiające zimą i osłabiające latem słońce, mgła w otwartym terenie, powodująca dezorientację, potknięcie na stromym zboczu lub na śliskich kamieniach potoku albo po prostu nadmierne zmęczenie, a piękna, radosna wycieczka kończy się katastrofą.       Na Kasprowym Wierchu często można zobaczyć taki oto widoczek: turyści, wybierający się tam po raz pierwszy w życiu, wyskakują z kolejki linowej w tenisówkach (zdarza się, że w sandałach lub klapkach!) w szortach, w koszulkach z krótkimi rękawami, dziewczyny nierzadko - w kostiumach kąpielowych. I w takim ekwipunku wędrują dalej, zachęceni łatwością szlaku. Przeważnie szybko przekonują się, że ponad tysiącmetrowa różnica wysokości powoduje sporą różnicę temperatury, a schroniska nie stoją w każdej dolince. Dziarski turysta z kolejki linowej w godzinę lub dwie po rozpoczęciu spaceru, zmęczony i głodny, szczęka zębami z zimna. Wielokrotnie mgła lub załamanie pogody spowodowały, że idylliczna początkowo wędrówka zamiast w schronisku skończyła się gdzieś w głębi Doliny Cichej, zwanej przez Słowaków Doliną Cichej Śmierci. Poszukiwanie zaginionych trwało tam nieraz tygodniami, zwłaszcza zimą.       Tak samo nieprzygotowani wyruszają turyści na Rysy, gdzie różnica wysokości sięga 1700 metrów w stosunku do Zakopanego. Pociąga to za sobą spadek temperatury o około 12-13 stopni Celsjusza - czyli jeżeli w Zakopanem jest +18°C, to na Rysach około +5°C. Do tego na grani zwykle dołącza się jeszcze chłodny, porywisty wiatr, szybko wychładzający organizm. Wiatr o prędkości ok. 40 km/godz. (czyli zaledwie nieco silniejszy podmuch) powoduje zmianę oddziaływania temperatury na organizm średnio o 2°C w dół. Wiatr wiejący z prędkością 70 km/godz., jaki na graniach nie jest rzadkością - daje w odczuciu ciepła różnicę ok. 7°C w dół, a zatem temperatura +5°C jest odbierana przez organizm jak 2-stopniowy mróz. W praktyce zatem różnica w przeciętny letni dzień między Zakopanem a Rysami dochodzi do 20°C.       Zimą przedstawia się to jeszcze bardziej niekorzystnie, gdyż o tej porze roku wiatry są silniejsze: z -2°C przy prędkości wiatru 70 km/godz. robi się - 9°C, a przy huraganie (140 -180 km /godz.), ta sama temperatura daje: -15°C.       Przebyta odległość, zmęczenie, głód, zimno i wiatr, zmiana wysokości i ciśnienia, niedotlenienie mózgu, płuc i serca bardzo szybko odbierają siły. Kilkugodzinne przebywanie w bezruchu, w letnim ubraniu, w temperaturze nieco poniżej + 12°C potrafi doprowadzić do ustania funkcji życiowych. Zdarzało się to, gdy ktoś źle zaplanował wycieczkę i ekwipunek, gdy pozostał w górach na noc, nie będąc w stanie dotrzeć do schroniska. Zaledwie godzinne przebywanie w temperaturze + 6 °C naraża nieosłonięte części ciała na odmrożenie! Wcale nie trzeba do tego zimy i mrozu.

Otoczenie Morskiego Oka zimą ©Liliana Kołłątaj
Otoczenie Morskiego Oka zimą ©Liliana Kołłątaj

      Powyżej 2000 m n.p.m. niektóre osoby zaczynają już odczuwać objawy choroby wysokościowej, na tych wysokościach ciśnienie spada bowiem o ok. 220 mm słupka rtęci, powietrze jest rozrzedzone, a zawartość tlenu mniejsza.       Nierzadko powodem zasłabnięć jest brak aklimatyzacji i znużenie po podróży - niefortunne wyruszanie w góry, na przykład wprost do Pięciu Stawów, bezpośrednio z pociągu, zwykle jeszcze z ciężkim plecakiem, często po nocy spędzonej w kucki, w tłoku i ścisku. Do długiego i nieco męczącego podejścia dołącza się niewyspanie, zmęczenie podróżą i skok z poziomu 30 - 40 m npm. na 1600 m. n.p.m.; zmiana klimatu, wysokości i ciśnienia w ciągu zaledwie kilkunastu godzin.       Dla porównania: średnie ciśnienie atmosferyczne na poziomie morza, np. w Gdańsku wynosi 760 mm słupka rtęci, w Warszawie - ok. 756 mm, w Zakopanem (na wysokości ok. 800 m n.p.m.) - ok. 690 mm, w schronisku nad Morskim Okiem (1410 m n.p.m.) - ok. 640 mm, na Kasprowym Wierchu (1985 m npm.) - ok. 600 mm, na większości szczytów w Tatrach Wysokich i Zachodnich (czyli na wysokości średnio 2100 m npm.) waha się od 580 do 590 mmm, na Rysach (2499 m n.p.m.) - ok. 540 mm. Spadek ciśnienia nie jest całkiem wprost proporcjonalny do wysokości nad poziomem morza. Im wyżej, tym szybciej spada ciśnienie. Na wysokości 4000 m n.p.m. (najwyższe szczyty Alp) ciśnienie atmosferyczne wynosi już tylko ok. 450 mm Hg, zaś powyżej 8000 m n.p.m.(najwyższe szczyty Himalajów) zaledwie ok. 250 mmHg. Newralgiczną granicę dla wielu osób stanowi poziom około 2000 m n.p.m., ale niektórzy czują się źle już na wysokości ok. 1300 -1500 m n.p.m., która odpowiada położeniu schronisk w Morskim Oku, na Hali Gąsienicowej i w Dolinie Pięciu Stawów.       Wypadki zdarzają się także, choć zdecydowanie rzadziej, wytrawnym turystom wysokogórskim, dysponującym rzetelną wiedzą o Tatrach, taternikom z dobrym sprzętem, z wyszlifowaną techniką wspinaczkową. Przyczyną tragicznych nieraz zdarzeń bardzo często bywa nadmierna pewność siebie i bezkrytyczne przekonanie o swojej wspaniałej kondycji, o swych doskonałych umiejętnościach i możliwościach. Brak respektu wobec Tatr, które potrafią zaskakiwać, przede wszystkim niespodziewanymi zmianami pogody odbija się niefrasobliwych turystach i taternikach, wybierających się na długie i trudne trasy z brakami w wyposażeniu. Klasyczne już błędy to: zbyt mało prowiantu i napojów, ograniczanie zapasowej odzieży. Szczególną kategorię - i to dość bogato reprezentowaną - stanowią zdarzenia spowodowane rozluźnieniem nerwów i ogólną dekoncentracją po przebyciu najtrudniejszego odcinka drogi. Po zdobyciu szczytu, przejściu wysokiej przełęczy, pokonaniu ściany ogarnia radość i euforia, a po nich rozprężenie organizmu. A przecież nie wystarczy wejść - trzeba jeszcze wrócić, zachować na powrót siły, koncentrację uwagi.       Aż dziw bierze, jak wiele wypadków, w tym także śmiertelnych, zdarzyło się w miejscach relatywnie łatwych, zwłaszcza porównując je z faktycznymi umiejętnościami i wcześniejszymi dokonaniami ofiar. Chyba najbardziej szokującymi i wymownymi przykładami są tragiczne w skutkach wypadki znakomitych taterników - Wiesława Stanisławskiego i Jana Długosza. Wiesław Stanisławski (1909 - 1933) był doskonałym taternikiem lat przedwojennych, uznanym i sławnym mimo młodego wieku, inicjatorem nowoczesnego stylu taternictwa, zdobywcą wielu dróg, często uważanych dotąd za niemożliwe do pokonania, utalentowanym pisarzem, zajmującym się tematyką tatrzańską. Zginął w Tatrach, mając zaledwie 24 lat, na zachodniej ścianie Kościołka (Słowacja), uważanej za średnio trudną. Jan Długosz, doskonały taternik i alpinista, autor licznych opowiadań i artykułów o tematyce tatrzańskiej i alpinistycznej, zginął na Zadnim Kościelcu, w terenie określanym jako niezbyt trudny.       Wydawałoby się, że zima, ze względu na mniejszą liczbę przyjeżdżających turystów i taterników, jest pod względem wypadków spokojniejsza. Tymczasem właśnie wtedy goprowcy mają pełne ręce roboty. Zajęcia przysparzają im narciarze, którzy stanowią nową, osobną grupę poszkodowanych wśród ofiar tatrzańskich wypadków. I - okazuje się - obecnie grupę największą. Zerknijmy znów do kronik TOPR-u: w 2004 r. wypadkom uległo 1046 narciarzy. To liczba dwukrotnie większa niż dwa lata wcześniej i niestety wzrasta z roku na rok. W 2005 r. pomocy udzielono 1352 narciarzom. Większość wypadków zdarzyła się w rejonie nartostrad Kasprowego Wierchu i dotyczyła osób uprawiających sport amatorsko. Bezpieczeństwo zależy tu od wielu czynników, wśród których najważniejsze to oczywiście dopasowanie skali trudności zjazdów do własnych umiejętności i posiadanego sprzętu, ale także stan tras narciarskich i wyciągów.       Istnieje także grupa uprawiająca turystykę narciarską, czy też ski-alpinizm. Tu najczęstszymi przyczynami wypadków są elementy niezależne od człowieka i trudne do przewidzenia: lawiny oraz niekorzystne, szybko zmieniające się w Tatrach warunki pogodowe, m.in. zimowa mgła, nie tylko w zasadniczy sposób utrudniająca orientację w terenie, ale również deprymująca psychicznie. Niejednokrotnie jednak te zagrożenia nie są w ogóle uwzględniane przy planowaniu wycieczki. A przecież słońce o zimowym świcie nie gwarantuje wcale pogodnego zmierzchu. Zmniejsza się też ilość godzin dziennego światła, jakie turysta zimą ma dyspozycji, czego też często nie bierze się pod uwagę.       W statystyce ratownictwa zimowego wśród turystów przodują okolice Wołowca i Rakonia, wyglądające na dostępne i łagodne, a w praktyce mocno zdradliwe dla osób bez odpowiedniego wyposażenia. Zimowe przejście zaśnieżonej i oblodzonej Orlej Perci, podobnie jak zimowe wejście na Rysy, należą do przedsięwzięć niebezpiecznych i wymagają wyposażenia w sprzęt asekuracyjny. Wprawdzie zasadniczo te szlaki zimą są zamknięte dla turystyki amatorskiej, ale jest to pojęcie umowne. Nie da się tam ustawić szlabanów i nikt nie jest w stanie upilnować wszystkich, a wiele osób przecenia swoje możliwości i  nie docenia stopnia ryzyka.       Wyprawy ratunkowe zimą są o wiele trudniejsze, transport poszkodowanych bardziej skomplikowany. Śmigłowiec - z powodu zaśnieżenia i zalodzenia terenu - nie wszędzie wyląduje, większość letnich lądowisk od początku grudnia do połowy maja jest w ogóle niedostępna. Dotarcie do poszkodowanych drogą lądową trwa wiele godzin, a podczas szalejących zamieci, okazuje się bardzo skomplikowane, albo całkiem niemożliwe. Zdarza się, że ofiary wypadku zamarzają, zanim nadejdzie pomoc.

Liliana Kołłątaj



Komentarze do artykułu
| 2009-02-05 20:28:22

| 2009-02-05 20:27:51

Ania89 | 2008-06-12 14:55:05

Ciekawy i dający do myślenia artykuł. Góry, to piękne, a zarazem niebezpieczne miejsce. Chodzę po górach od kilku dobrych lat. Co wyprawa, staram się zdobywać coraz wyższe szczyty, oczywiście nie wszystko odrazu, tylko stopniowo, bo to zależy od pogody, kondycji, doświadczenia i rozwagi. Pozdrawiam wszystkich tych "prawdziwych" turystów.

Frania Maj | 2008-03-18 19:52:24

Kocham pana Skalskiego!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Bloom z Alfei | 2008-03-18 19:50:46

:P to co opisujecie o przyrodzie to NUDA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!:P :P :P :P;P

Bloom | 2008-03-18 19:49:11

opisujcie góry które sa ponad 8000m.n.p.m!

ja | 2007-10-12 18:16:38

Pragnę zwrócić uwagę na to, że, wedle tego co piszecie w komentarzach, większość z Was powinna zacząć chodzić po górach średnio tak 7 lat później, bo, według Pani Liliany, dopiero pietnastolatek ma właściwą fizjologię...
I, pomijając resztę dziwnych rzeczy, które wszędzie tutaj padły muszę jeszcze dwie rzeczy zauważyć...
Rafał, przykro mi z powodu kuzyna, ale winienie ratowników za to, że nie postawili tabliczki nie ma sensu - lawiny SĄ nieprzewidywalne i TOPR by musiał góry zimą zamknąć, żeby przed nimi chronić. A poza tym, jak kuzyn był tak doświadczony, to sam umiał dobrze ocenić zagrożenie i widać doszedł do wniosku, że wszystko jest ok. Więc, proszę, nie wiń TOPRu (który, widzę niestety, nie wiesz nawet jak się nazywa) nie mając zielonego pojęcia o realiach.
I, Radek, nie bierz Boga na świadka, bo ja widziałem już naprawdę różnych przewodników górskich i blacha ani o wiedzy, ani o umiejętnościach nie świadczy (różne są blachy, ale mówię o polskim przewodniku górskim).
Pozdrawiam i życzę wszystkim rezerwy. Do wszystkiego...

Artek | 2007-09-14 15:17:08

Witam.Mam 28 lat i moja przygoda z gorami zaczela sie od dwunastego roku zycia jak to z opiekunami wyjezdzalem na roznego rodzaju obozy wedrowne(nie byly to Tatry,ale Beskid i Bieszczady),ale tez daly w kosc ze wzgledu na wysilek jaki musialem wlozyc.Od pieciu lat regularnie-dwa a nawet trzy razy do roku jestem w naszych pieknych Tatrach.
Za trzy dni znow wyjezdzam w nasze gory.Po przeczytaniu powyzszego artykulu na pewno jeszcze z wieksza rozwagą bede podchodzil do realizacji podejmowania decyzji na szlaku.
pozdrawiam i do zobaczenia na szlaku.

monix | 2007-08-21 20:20:47

Jak już ktoś wspominał-największym chyba zagrożeniem na szlaku prócz załamań pogody są ludzie bezmyślni, nieprzygotowani do chodzenia po górach. No bo jak można wytłumaczyć sam fakt że się idzie np na Ornak w sandałach?? Pomijając to że się san człowiek naraża to niestety stwarza niebepieczeństwo dla osób przygotowanych do szlaku...góry wg mnie uczą myślenia o innych a nie tylko o sobie. Wędrówki te są niezapomninym przeżyciem, świetną lekcją przyrody ale i pozwalają się zbliżyć do innych nieznanych osób. Dlatego wolę wychodzić w wyższe partie gór...tam gdzie nie ma ludzi przypadkowych którzy stiwredzili że piwo im się znudziło. Pozdrawiam

radek | 2007-08-16 13:57:00

witam chodze juz po gorach kilka ladnych lat jak widzialem ludzi wklapkach nawet na wysokosciach1700mnpm w foliowe plaszcze,tenisowki, zupelny brak przygotowania to obrazy codzienne w tatrach czeste na szlakach nawet dosc trudnych . tylko ze ja rowniez zaczynalem moja przygode z gorami jako ignorant zdobylem np czarny staw pod rysami w zimie w pantoflach dobrych na wesele i wywolywalem swoim ubiorem pewnie czesto smiech . dopiero po kilku latach zmienilem swoj stosunek do bezpieczenstwa w gorach moze dlatego ze mnie zafascynowaly i staly sie czescia mojego zycia niech kazdy pomysli czy czasem tez nie byl takim ignorantem oczywiscie nalezy dawac dobre rady co do ekwipunku itd tylko na boga widzialem juz czlowieka pouczajacego prezewodnika gorskiego

plum | 2007-02-09 13:46:56

Rafał, przykro mi z powodu kuzyna. Jednak doświadczenieobjawiaq się m. in. przez umiejętność zawrócenia z drogi. Zagrożenie lawinowe na Rysaach (nawet jeśli ogólne dla Tatr jest małe) zawsze istnieje i trzeba się z nim liczyć. Ratownicy mają ratować i robią to narażając życie. W schroniskach dane o zagrożeniu lawinowym są na biezaco aktualizowane. Natomiast to turysta/ taternik ma się zorientować jakie są warunki - to lezy w jego interesie. TOPRowcy nie mogą biegaż za kazdym turystą i krzyczeć "nie idz tam".

adaś | 2007-01-01 01:18:58

Góry są fascynujące...od czego mogę zacząć z roczną córeczką?

Joanna W | 2006-12-01 01:07:14

Każdy, kto wybiera sie w Tatry powinien zostać "odpytany" z treści tego lub podobnych artykułów. Jako córka zaawansowanych taterników z lat 50-tych znam Tatry od dziecka i na własnej skórze przekonałam się jakie są zdradliwe - nagła burza na szczycie Giewontu- czmychaliśmy jak zające - ale wyłącznie szlakiem! Z satysfakcją przeczytałam artykuł, bo nie popełniłam żadnego z opisanych tam błędów, a mimo wszystko na Łomnickiej Przełęczy (Słowacja) trwale uszkodziłam kostkę - mimo odpowiednich butów, kondycji, dobrej pogody...
Ale to nie znaczy,ze w Tatry nie wrócę. Kto raz je z bliska zobaczył musi wrócić ....

Konrad | 2006-11-29 17:08:23

W artykule zawarto to, co każdy wybierający się w góry wiedzieć powinien, niestety wiele osób w Tatrach to osoby przypadkowe, nie mający pojęcia czasem gdzie są, dokąd idą. Ja wędruję po górach od 13 lat, ze względu na bliską odległość mogę sobie poczekać na dobrą pogodę, ale zawsze zabieram kurtkę, komórkę dużo picia i jedzenie. Wędrując samotnie po Tatrach najbardziej obawiam się spotkania z niedźwiedziem.

Jerzy Chodur | 2006-09-19 18:29:50

Po Tatrach chodzę regularnie od .. . 35 lat ; od kilkunastu lat samotnie . Wiedza zawarta w artykule wydaje się banalna ale sadząc po skali zdarzeń w Tatrach aktualna i potrzebna . Tatry sa piękne ale niebezpieczne . Wydaje się że najlepsza drogą w te góry wiedzie przez młodzieżowe kluby górskie , Celowym jest utrzymywanie w mediach pewnego poziomu niedostepności i zagrożeń , może nawet z pewną przesadą . Droda w te piękne góry powinna być otwarta dla ludzi przygotowanych i rozsądnych . Pewien poziom ryzyka jednak pozostanie i tak chyba musi być ! Jestem jednak za dostepnością na dotychczasowym poziomie .
Jeżeli jest to dobre miejsca to napiszę co sądzę o słynnym tragicznym wypadku pod Rysami . Myślę że w 50 % był to zły los ! . Jeżeli zawinił człowiek to najbardziej dyżurny TOPR który nie wystawił stosownego oznaczenia na szlaku jeżeli zagrożenie było . Pozdrawiam i zapraszam w . . .Tatry .

Rafał | 2006-09-19 17:22:53

Bardzo ciekawy artykuł ale przyroda jest winna albo ratownicy GOPR którzy niepotrafią dać tablicy na rysach że jest zagrożenie lawinowe mój kuzyn zmarł na rysach bo ratownicy GOPR ich nieostrzegli i całą wine zrzucili na kolege który szedł przednim.Oni nie byli amatorami wchodzili nawet na Mont Blanc a w tatrach wszystkie szczyty zaliczyli. I kogo w sumie obwiniać sami nie wiemy, dla mnie góry są piękne chodze od piątego roku życia po górach tylko nie umiem zrozumieć dlaczego mój kuzyn, bliska osoba bez której teraz nie potrafie żyć musze się leczyć u psychologa bo cały czas o nim myśle bo miałem iść z nim w góry i kto wie czy bym go nie uratował.. Jeśli możecie bardzobym prosił o kilka zdjęć ze szczytu Rys

Jurek | 2006-08-22 21:47:52

Przez ostatnie 10 lat regularnie wyjeżdżam w Tatry i Orlą Percią wędrowałem we wszelkich możliwych kierunkach w tę i spowrotem. Miałem zawsze dużo szczęścia co do pogody i nigdy nie zaznałem załamania się jej. Podziwiałem wspaniałe widoki a łańcuchy i klamry nie przysparzały kłopotów.
Powyższy artykuł przeczytałem z wielką ciekawością, zacząłem się teraz zastanawiać nad tym co mogłoby się wydarzyć przy nagłym ulewnym deszczu, gęstej mgle lub porywistym wietrze. Na ogół jestem przygotowany na nieprzewidziane okoliczności, mój plecak jest zawsze ciężki bo zabieram w nim dodatkowe rzeczy(polar, koszulka, kurtka, jedzenie, picie itp.) Czytając relacje o ostatnich wielu niestety ofiarach śmiertelnych w ostatnim czasie narasta we mnie trwoga na myśl o szlakach usianych tymi ofiarami. Zaduma i przemyślenia będą towarzyszyć mi przy kolejnych moich wyprawach w wysokie partie Tatr...
pozdrawiam
Jurek 51 lat

kasia | 2006-08-18 18:33:28

artykuł niezwykle ciekawy szczególnie dla mnie, której doświadczenie w wyprawach górskich jest baaaardzo mizerne. W tym roku po raz drugi będe próbowała swoich sił w Tatrach. Biorąc pod uwagę wyprawę zeszłoroczną oraz ogromny strach, który towarzyszył mi na prawie każdym szlaku, paraliż i szok gdy za plecami rozciągała się szeroka przestrzeń (pewnie nieco śmieszny dla wszystkich którzy widzieli moja reakcję) wszystkie informacje tego typu sprawiają, że moja wyobraźnia działa jeszcze silniej. Ale kto wie może dzieki temu nie będę próbowała udowodnić sobie na siłę, że jestem orłem a nie zającem :) i wrócę cała do domu. A może w jakiś cudowny sposób Pani Lilianie udałoby sie uwolnić moją osobę od lęku wysokości i przestrzeni jakimś pokrzepiającym artykułem ? Byłabym wdzięczna bo widoki ze szczytów są podobno urzekające. podrawiam - kasia

Alex | 2006-08-17 20:31:43

Wspaniały artykuł,mam dużo lat i chodzę po górach ale dowiedziałem się z tego artykułu wiele ciekawych rzeczy.Polecam wszystkim poczytać ,chodżby dla przypomnienia.Dziękuję



Skomentuj ten artykuł!
Autor:  

Email:  

Treść komentarza:  



Przepisz tekst z obrazka: