GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             


Biblioteka górska


Mariusz Zaruski

Na bezdrożach tarzańskich




Kościelec na nartach

W zimie 1911 r. prowadziłem pierwszy, zorganiowany przez Sekcję Narciarską Tow. Tatrzańskiego specjalnie dla przewodników, kurs narciarstwa i zimowej turystyki górskiej. Na zakończenie, jak zwykle po każdym kursie podobnym, prowadziłem uczestników w góry. Dla przewodników wybrałem szczyt cokolwiek trudniejszy - Kościelec, na którym mogliby praktycznie zapoznać się zarówno ze stromym, wyświechtanym śniegiem, jak ze szkliwem lodowym, sposobem użycia raków, asekuracji za pomocą liny i czekana, wreszcie z niebezpieczeństwami lawin śnieżnych, których liczne drogi doskonale są z tego szczytu widoczne.
Na Karb weszliśmy od strony Roztoki Stawiańskiej (Stawów Gąsienicowych) i przez wielkie płyty, teraz pokryte twardym szkliwem śnieżnym, podeszliśmy do znanego progu, który zamyka piramidę Kościelca na całą jej szerokość - od jednego do drugiego brzegu przepaści.
Tu przewodnicy (Stanisław Gąsienica Byrcyn, Jądrzej Marusarz Jarząbek, Jan Obrochta i Jan Pęksa. Przyp. autora) zdjęli narty i nałożyli raki na nogi: była to ich pierwsza, poważniejsza wycieczka na nartach, na których nie czuli się jeszcze dostatecznie pewnie, ażeby podołać nastręczającym się dalej trudnościom terenu.
Osobiście nie lubię na wycieczce zdejmować nart tak ze względu na przykrości operacji tej na mrozie, jak również ze względu na odrazę do pewnego rodzaju partactwa narciarskiego, które każe przed byle jaką trudnością terenu kapitulować i przenosić na plecach te niezrównane narzędzia lokomocji.
Korzystając też z przerwy, gdy przewodnicy zabawiali się swymi nartami, zakręciliśmy się z S. Zdybem (Jeden z instruktorów kursu S.N.T.T. Przyp. autora) u podnóża progu i po chwili znaleźliśmy stromy jęzor śnieżny, łączący obydwa pola - nad i pod progiem. Przesmykiem tym wydostaliśmy się z niemałym trudem na śniegi leżące nad progiem. Tu związaliśmy się liną i podążaliśmy naprzód. Przewodnicy - również liną związani - kroczyli za nami.
Tak zakosami, przewijać się po twardej szreni to w prawo, to w lewo, omijając skałki i pola lodowe, wznieśliśmy się do połowy turni. W tym miejscu zagrodziło nam drogę duże pole lodowego szkliwa, poprzetykane tam i ówdzie głazami, wystającymi z jego powierzchni - rodzaj progu lodowego, wypukłością ku nam zwróconego. Pasja jednak narciarza-turysty wprowadziła nas na to pole. Dobrze nie bardzo było nam na tym szkliwie: narty się osuwały, ślizgały, zaczepiając samymi krawędziami o ledwo dostrzegalne chropowatości podłoża. Ostrożnymi, zdradzieckimi ruchami nart przezwyciężając przeszkody i nie myśląc wcale o trudnościach podobnego kroczenia, i ten próg za sobą pozostawiliśmy.

W drodze na Kościelec w r. 1911. Z lewej Mariusz Zaruski. Z prawej: Jędrzej Marusarz. Fot. Stanisław Zdyb.

Dalej pochyłość terenu stała się większa, śnieg za to głębszy i nie tak twardy. Wówczas zupełnie już na Kościelec uwzięliśmy się i raźno kroczyliśmy dalej. Aż pod samym czubem jego, prześlicznie na dwie strony ściętym pionowymi płaszczyznami śniegu, stanęliśmy w cieniu ogromnego nawisu...
Kilka metrów tylko odgradza nas od wierzchołka... Lecz nie ma rady. Trudność narciarska tego uskoku, jak wywodziłem obszernie w ułamkowej swej skali trudności, jest ani mniej, ani więcej, tylko 10/10. Bo nawis schylił się nad nami i spod lodowych swych wąsów szyderczo się do nas uśmiecha. Nie mówiliśmy nic do siebie, po chwili jednak narty nasze stały w śniegu wetknięte, myśmy zaś z zawziętością rąbali czekanami śnieżną jego brodę, aż kurniawa buchała do góry! To za tych kilka metrów oporu, które nie pozwoliły nam nogi, uzbrojonej nartą, postawić na czubku! w parę chwil byliśmy już na szczycie, na który prawie równocześnie z nami wydostali się przewodnicy.
Odpoczynek, posiłek, objaśnienia techniczne, związane z celem wycieczki - i odwrót.
Ze Zdybem jednak nie myślimy wracać "na nogach". Jeżeli potrafiliśmy wejść tutaj na nartach, potrafimy i zjechać.
Wiążemy się znowu liną i ruszamy.
Twardy i stromy śnieg, rozciągający się między dwiema przepaściami, a gęsto poprzerywany lodowymi polami, nakazywał nam wielką uwagę i zupełnie usprawiedliwioną ostrożność: upadek na tych płaśniach mógł pociągnąć za sobą fatalne następstwa. Asekurowaliśmy się przeto kolejno w ten sposób, że gdy jeden z nas stał niżej o długość liny (25 m) mocno w śniegu wkopany, drugi puszczał się na dół i zatoczywszy wielkie półkole, zatrzymywał się o 50 m od miejsca, z którego wyruszył.
Tak kolejno wielkimi łukami zjechaliśmy do progu lodowego, ale i tu nart nie odpięliśmy. Jechałem pierwszy. Narty poniosły mię jak wściekłe, panowałem jednak nad nimi, zatoczyłem łuk i, obróciwszy się na drugą stronę, zbliżałem się do kresu swego zakosu, gdy narta mi się podwinęła na buli lodowej i upadłem. Od razu z zawrotną szybkością zacząłem spadać. Od razu też, leżąc, miałem już czekan pod pachą d z całej siły nim hamowałem. Czekan szarpał się i zgrzytał po lodzie, czułem jednak, że jestem panem sytuacji i zwalniam już biegu. Jakoż po chwili się zatrzymałem. Równocześnie prawie poczułem targnięcie liny, która się skończyła.
Zdyb zjechał szczęśliwiej, gdyż bez upadku (upadek mój był jedynym w ciągu tej całej wycieczki).
Bez przygód dojechaliśmy do progu skalnego, z którego spadliśmy "poprzecznie" zupełnie prawidłowo, to znaczy zjechaliśmy, lecz z szybkością spadania, gdyż stromość przesmyka śnieżnego, jedynego na całej rozciągłości progu, była bardzo wielka.
Jazda przez płyty nie nastręczała większych trudności, zmuszała jednak i tu do ostrożności ze względu na bliskie sąsiedztwo przepaści.
Przewodnicy znieśli swe narty do Karbu, skąd razem już udaliśmy się w drogę powrotną.